Monthly Archives: Sierpień 2012

Mleko, ryby i szalony pościg, czyli „Boczne drogi” Joanny Chmielewskiej

Witajcie!
Nie będę znów przynudzać o moich osobistych problemach z dostawcą internetu itp. Po prostu jest jak jest i ważne, że mam kiedy czytać (ciekawe: chyba prawdziwe jest równanie brak internetu=więcej czytania).
Książka, którą ostatnio przeczytałam to kryminał polskiej autorki Joanny Chmielewskiej (po której powieść sięgnęłam pierwszy raz) „Boczne drogi”. Znalazłam tę małą książeczkę z 1976 roku na strychu. Mój strych mógłby stanowić bibliotekę na pewnej niewielkiej wsi, której mieszkańcy mają różnorodne zainteresowania – od kulturystyki, ogrodnictwa, poprzez literaturę piękną wszelkiego rodzaju, po teologię, filozofię i astronomię. Postanowiłam, że co jakiś czas będę na niego zaglądać i odkurzać co nieco półki.
Do pewnej warszawskiej rodzinki przyjeżdża krewna z Kanady. Postanawiają ruszyć w podróż po Polsce, aby Teresa przypomniała sobie wszystkie najpiękniejsze miejsca swojej ojczyzny – od Sopotu aż po Cieszyn. W pewnym momencie zauważają jednak, że czują się obserwowani, a po drodze namnaża się coraz więcej dziwacznych zbiegów okoliczności.
Całość utrzymana jest w humorystycznej konwencji. Muszę przyznać, że Joanna, jej rodzice, Lucyna, Lilka i Teresa wydawały mi się znacznie bliższe niż Sherlock palący fajkę w swoim mglistym Londynie. Lekkie pióro autorki w połączeniu z dosyć ciekawą intrygą sprawiło, że czytało mi się naprawdę wspaniale. Dzięki wielu „rozmowach o niczym” i barwnie przedstawionym postaciom zdawały się one jeszcze bliższe. Wprost cudowne było dla mnie to, że autorka nie starała się o poważny czy też melancholijny nastrój. Nie zanudziła mnie także długaśnymi opisami. Na pewno nie jest to ambitna lektura, niczego nas również nie nauczy, ale na pewno jest to wspaniała pozycja na wakacje.
Moja ocena książki: 5-.
Sporo ostatnio przeczytałam, aż nie wyrabiam się z recenzjami.
Pozdrawiam Was serdecznie i czekam na Wasze głosy dotyczące polskich autorów kryminałów – czy macie swoich ulubionych?
Ania

PS: To już druga książka czytana w ramach wyzwania „Trójka e-pik”. Właśnie kończę trzecią i jutro powinnam wrzucić recenzję.

1 komentarz

Filed under Książki

Bardzo dobry kryminał, czyli „Dziewczyna, która igrała z ogniem” Stiega Larssona

Z trylogią „Millenium” jest u mnie identycznie jak z serią rozpoczynającą się od „Hoteku Paradise” Marthy Grimes – co roku, w wakacje czytam kolejną część. To moje drugie lato z „Millenium”, a zatem pora na część drugą – „Dziewczyna, która igrała z ogniem”.
Jeśli ktoś śledził bloga z recenzjami, którego daaawno temu prowadziłam samodzielnie to może pamięta, że w recenzji „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” oświadczyłam iż z reguły nie znoszę bohaterek kobiecych, zwłaszcza jeśli są to główne bohaterki – drażnią mnie strasznie, zwykle albo są głupie, albo to idealistki próbujące naprawiać świat (o, zgrozo – udaje im się to!). Jednakże bohaterka Larssona – Lisbeth Salander zdobyła moje serce. I nie chodzi bynajmniej o współczucie z powodu ciężkiej przeszłości albo o zafascynowanie dziwnym wyglądem. Ta postać wydaje się po prostu autentyczna, niczego nie udaje, nawet przed sobą. Jeden z najcięższych przypadków bohaterki literackiej to model – jestem atrakcyjna i wiem o tym, ale będę sobie i innym wmawiać, że nie. I tak, choćby za Bellą (imię użyte przypadkowo), ugania się stado adoradorów, gotowych oddać za nią życie, a ona wciąż spogląda w lustro i mówi: „jestem brzydka, głupia, beznadziejna itp.”. A czytelnika to zakłamanie męczy coraz bardziej z każdą stroną. Lisbeth nie ma tego problemu. Wie, jaka jest i reakcje otoczenia na nią to potwierdzają. Początek powieści sygnalizował, że bohaterka bardzo się zmieni. Jednak po zawiązaniu głównego wątku, odetchnęłam z ulgą. Bardzo się cieszę, że Stieg Larsson jednak nie zrobił z niej tragicznej heroiny.
Rozpisałam się o Salander, a zacząć chciałam od czegoś innego – z czym w ogóle to się je. Pierwsza część składała się początkowo z dwóch wątków, dwóch różnych postaci – wspomnianej już Lisbeth Salander, pracującej jako researcher, dziewczynie z trudną przeszłością, ubezwłasnowolnionej i dziennikarza Mikaela Blomkvista, próbującego rozwiązać zagadkę morderstwa sprzed kilkudziesięciu lat. Ich losy w pewnym momencie się splatają, rozwiązują zagadkę wspólnie itd. W drugiej części Blomkvist, chcąc odwdzięczyć się Salander za jej nieocenioną pomoc, staje po jej stronie w pewnej trudnej sprawie. Starając się uratować jej skórę, odkrywa także mroczne tajemnice wysoko postawionych osób w Szwecji – polityków, policjantów, adwokatów. Może to kilka zdań przesadnie nie zachęca do lektury, podobnie jak krotki opis z tyłu wydania oferowanego przez wydawnictwo „Czarna Owca”, ale naprawdę ciężko się oderwać od tej książki!
Oprócz przyjemności sprawianej śledzeniem losów Salander, autor oferuje czytelnikowi także, zapewne własną, ale włożoną w usta Mikaela Blomkvista i innych bohaterów, refleksję na temat traktowania kobiet w Szwecji. Trochę irytowało mnie to, że właściwie każdy pozytywny bohater w tej książce jest feministą, ale za to pokazał on przykłady dyskryminacji kobiet nie w moralizatorski sposób, ale bardzo naturalnie – od brutalnej przemocy i bezradności policji i władz wobec niej po mobing czy obsadzanie na niższych stanowiskach przedstawicielek płci pięknej.
Trudno mi teraz powiedzieć, czy w pierwszej części także pojawiało się to, co dostrzegłam w drugiej – szczegółowe opisy tego, w co ubierają się bohaterowie czy jakie modele mebli i jakie produkty spożywcze kupują w poszczególnych sklepach. Tu jednak uwydatnia się kolejny walor powieści – nawet te nieco nużące opisy są wtrącane tak swobodnie, niewymuszenie, że przepływa się po nich w naprawdę przyjemny, niemęczący sposób. Wyjaśnienie może być tylko jedno – Stieg Larsson był mistrzem pióra – jego styl pisania był lekki jak piórko. No i fantastyczne zakończenie – jakże rzadko zdarza się komuś stworzyć tak dobre zakończenie, bez dłużyzn!

Moja ocena książki: 5 (Kalle Blomkvist obniża ocenę do 3; Salander podnosi do 4; Larsson podnosi do 5)

Jestem pewna, że część z Was czytała tę pozycję, a zatem czekam na Wasze opinie na jej temat. Przepraszam, że tak rzadko się odzywam, ale wciąż nie mam stałego dostępu do internetu – problemy z dostawcą tego dobra.

Książka czytana w ramach wyzwania „Trójka e-pik” http://ksiazki-sardegny.blogspot.com/2012/07/podsumowanie-lipcowej-trojki-e-pik-i.html

PS: Skoro już wspomniałam o Trójeczce e-pik: dokonałam niewielkiej modyfikacji w moim wyzwaniowym wyborze. Otóż, z lekturą anglojęzyczną raczej nie mam szans się uporać do końca sierpnia, a zatem przeczytam zamiast niej „Tajemnicę złotych pince-nez” Artura Conana Doyle’a. Pozdrawiam serdecznie,
Ania

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Czytanie w wersji slow

Witam.
Dziś przyszedł wreszcie czas na długo zapowiadany post, który miał podsumować ideę wyzwań czytelniczych oraz zaproponować coś zupełnie innego. Kto ciekawy, niechaj czyta.
Wnioski ze statystyk podsumowujących czytelnictwo w Polsce (i pewnie na świecie również, ale o tamtych statystykach tak często się nie mówi) są pesymistyczne – okazuje się, że przeciętny Polak swój roczny księgozbiór może policzyć na palcach jednej ręki. Warto zatem tworzyć rozmaite inicjatywy zachęcające do czytania, przedstawiające je jako coś atrakcyjnego, interesującego czy nawet seksownego. Samo słowo „wyzwanie” kojarzy się z rywalizacją, w tym przypadku współzawodnictwa z samym sobą, czy, jak kto woli, zawodów książka kontra … (telewizor, czasopismo, komputer itd.). Są osoby, które bardzo lubią wszystkie formy współzawodnictwa i dla nich wyzwania czytelnicze będą świetną mobilizacją do czytania więcej lub czegoś innego, po co zwykle nie sięgają. Nie ma więc powodu, aby wyzwań czytelniczych potępiać. Przy okazji przypomnę, że zarówno ja, jak i Marcin bierzemy udział w wyzwaniu Trójka e-pik *http://ksiazki-sardegny.blogspot.com/2012/07/podsumowanie-lipcowej-trojki-e-pik-i.html* i ja biorę także udział w „Lecie z książką” *http://bookstrefa.pl/nasze-wyzwanie-qlato-z-ksikq.html*.
Czy jednak wyzwania czytelnicze nie kojarzą się nieco z czytaniem „na czas”? Prawie każde ograniczone jest przecież jakimś wymiarem czasowym; czasem krótkim proporcjonalnie do ilości książek zadanych do przeczytania. Wielbiciele slow life’u, po inicjatywach slow city i slow food, wymyślili także slow reading, którego esencję może stanowić równanie: mniej=więcej.
Zastanów się, jak często czytasz „na wyścigi”. Czy zdarza Ci się usiłować skończyć rozdział, mimo że oczy same Ci się zamykają, a książka wypada z ręki? Czy czytasz wszędzie, gdzie jest to możliwe i tylko „przebiegasz wzrokiem” po tekście do końca strony, kiedy autobus zbliża się do Twojego przystanku? A może jesteś zachwycony metodami „szybkiego czytania” i sam z nich korzystasz? Czasem przez tego typu sytuacje tracimy całą przyjemność płynącą z lektury. Szybko „wrzucamy” do głowy tekst, ale nie może się on długo nacieszyć obecnością w naszych myślach, bo po chwili zastępują go kolejne partie „wrzucanego” tekstu. Kończy się na tym, że tydzień po przeczytaniu książki w pośpiechu, nie potrafimy podać imion bohaterów i miejsca akcji. Porównałam ten schemat także na sobie – nie pamiętałam właściwie żadnych szczegółów z lektur szkolnych czytanych „na szybko”, główny zarys akcji także długo nie pozostawał w mojej głowie. Natomiast te pozycje, po które sięgnęłam z dużym wyprzedzeniem i czytałam je powoli, dobrze pamiętam do dziś, potrafię nawet zacytować pojedyncze zdania z tych książek.
Może zatem warto podejść dziś do czytania zupełnie inaczej. Spróbuj zarezerwować dziś sobie wolne pół godziny. Wyłącz muzykę, telewizor, komórkę – wszystko, co może cię rozpraszać. Weź do ręki dowolną książkę, najlepiej taką, którą niedawno przeczytałeś „na szybko” i zacznij powoli ją czytać. Jeśli chcesz, możesz także czytać szeptem lub na głos – wówczas zwracasz większą uwagę także na znaki interpunkcyjne, akcentując je. Pewnie będziesz zaskoczony nie tylko tym, że w ciągu pół godziny przeczytałeś zaledwie piętnaście stron (zwykle w tym czasie czytałeś sześćdziesiąt), ale również ilością szczegółow, walorami językowymi i ciekawymi sformułowaniami, których nie zauważyłeś, bo bardzo sie śpieszyłeś.
Idea slow life zakłada, że nie należy przyjmować żółwiego tempa, kiedy chodzi o ważne sprawy, gdzie szybkie decyzje i działania są ważne. Czytanie w formie rozrywkowej ma być jednak relaksem i nie powinno mieć nic wspólnego z pośpiechem. To czas, kiedy można nieco zwolnić.
Co sądzicie o slow readingu? Jesteście jego zwolennikami czy może bardziej podoba Wam się rywalizacja w formie wyzwań czytelniczych? Ja postanowiłam, że zachowam równowagę, czy też: pozostanę neutrealna w tym temacie; biorę bowiem udział w kilku wyzwaniach, ale również postanowiłam czytać Biblię w wersji slow – codziennie „troszkę”.
A propos wyzwań – słówko na temat wyzwania Trójka e-pik. W sierpniu także postanowiłam wziąć w nim udział.
Oto link i baner wyzwania: http://ksiazki-sardegny.blogspot.com/2012/07/podsumowanie-lipcowej-trojki-e-pik-i.html

Oto moje wybory w ramach wyzwania:
1. powieść, której akcja rozgrywa się w XIX-wiecznej Anglii – „The Adventures of Sherlock Holmes” Sir Arthur Conan Doyle (nieco utrudniłam sobie wyzwanie lekturą anglojęzyczną, ale wierzę, że podołam)
2. powieść polskiego autora, po którego do tej pory nie miałam ochoty sięgnąć – „Boczne drogi” Joanna Chmielewska (nigdy jeszcze nie przeczytałam polskiego kryminalu – to dobra okazja ku temu)
3. powieść szwedzka – „Dziewczyna, która igrała z ogniem” Stieg Larsson (czyli druga część trylogii „Millenium”)

Właśnie wróciliśmy znad morza – jesteśmy przeszczęśliwi i wypoczęci, ale wciąż nie mamy internetu.
Czekam na Wasze opinie i pozdrawiam słonecznie,
Ania

4 komentarze

Filed under Książki, Sztuka czytania