Category Archives: Książki

Przeczytane i obejrzane w 2012 roku, czyli spóźnione podsumowanie

Witajcie!

Wczoraj przeżywałam nieco ciężki dzień, będący następstwem bardzo intensywnej nocy – przedwczoraj odbył się mój bal studniówkowy. Było naprawdę wspaniale, głównie dzięki mojemu Chłopakowi, Klasie i dwóm Profesorom (jeden to ex-Profesor). Nie zmienia to jednak faktu, że wczoraj ciężko mi się ruszało, myślało, bardzo chciało mi się pić, bolało mnie gardło, kaszlałam, byłam niewyspana, czyli taki typowy syndrom dnia następnego.

Mimo to postanowiłam poświęcić się twórczemu zajęciu – zestawieniu wszystkich książek i filmów, jakie odebrałam w poprzednim roku. Opatrzyłam je ocenami, które wystawiałam tuż po zapoznaniu się z obrazem i przyznaję, że z niektórymi już dziś się nie zgadzam. Uwzględniłam tylko dziewiczo oglądane filmy i czytane książki.

Książki przeczytane w 2012:

SZÓSTKI:

1. „Stacja Cold Flat Junction” Martha Grimes

2. „Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń” Nick Vujic

SZÓSTKI „MNIEJ”:

3. „Hotel Belle Rouen” Martha Grimes

PIĄTKI:

4. „Pogadanki z etyki” Andrzej Szostek

5. „Pasja” Anna Katarzyna Emmerich

6. „Zbrodnia i kara” Fiodor Dostojewski

7. „Opowiadania petersburskie” Mikołaj Gogol

8. „Dziewczyna, która igrała z ogniem” Stieg Larsson

9. „Zapasy z życiem” Eric-Emmanuel Schmitt

10. „Siły życia” Martin Grey

11. „Tajemnica złotych pince-nez” Arthur Conan Doyle

12. „Jeden dzień Iwana Denisowicza” Aleksander Sołżenicyn

13. „Mistrz i Małgorzata” Michaił Bułhakow

14. „Byłem asystentem doktora Mengele” Niklos Nyiszli

PIĄTKI „MNIEJ”:

15. „Lalka” Bolesław Prus

16. „Detektywi w służbie miłości” Agata Christie

17.  „Boczne drogi” Joanna Chmielewska

CZTERY PLUS:

18. „Bardziej być” Mieczysław Krąpiec

19. „Kordian” Juliusz Słowacki

20. „Mendel Gdański” Maria Konopnicka

21.  „Niespodziewany gość” Agata Christie

22. „Blask fantastyczny” Terry Pratchett

CZTERY:

23. „Weronika postanawia umrzeć” Paulo Coelho

24. „Anioł radości” Marek Dziewiecki

25. „Nie-boska komedia” Zygmunt Krasiński

26. „Pan Tadeusz” Adam Mickiewicz

27. „Parker Pyne na tropie” Agata Christie

28. „Opowiadania” Mikołaj Gogol

29. „Potop” Henryk Sienkiewicz

30. „Wesele” Stanisław Wyspiański

31. „Jądro ciemności” Joseph Conrad

32.  „Ludzie bezdomni” Stefan Żeromski

CZTERY „MNIEJ”:

33.  „Sprawa zielonookiej siostry” Erle Stanley Gardner

34. „Chłopi” Władysław Reymont

TRZY PLUS:

35. „Potęga sławy” Helen Fielding

36. „Gloria victis” Maria Konopnicka

TRZY „MNIEJ”:

37. „Bohdan Chmielnicki” Janusz Kaczmarczyk

Jak widzicie, oceny te są bardzo subiektywne i świadczą głównie o moich brakach intelektualnych – chyba światły człowiek nie powinien oceniać wyżej prostego kryminału obyczajowego niż epopei narodowej. Teraz małe zestawienie filmów.

FILMY OBEJRZANE W 2012:

SZÓSTKA:

1. „Prestiż” Christopher Nolan

PIĘĆ PLUS:

2. „Władca much” Harry Hook

3. „John Q” Nick Cassavetes

PIĘĆ:

4. „Alicja w Krainie Czarów” Tim Burton

5. „W ciemności” Agnieszka Holland

6. „Błękitny motyl” Lea Pool

7. „Misery” William Goldman

PIĘĆ „MNIEJ”:

8. „Łaska i przebaczenie” David Evans

9. „Oliver Twist” Roman Polański

10. „Eugenika w imię postępu” Grzegorz Braun

11. „Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach” Rob Marshall

CZTERY PLUS:

12. „Rzeź” Roman Polański

13. „Bella” Alejandro Monteverde

14. „Harry Potter i Insygnia Śmierci II” David Yates

15. „Narzeczony mimo woli” Anne Fletcher

CZTERY „MNIEJ”:

16. „Spotkanie” (oglądałam go u kogoś i nie mogę znaleźć nazwiska reżysera)

17. „Pewnego razu w Rzymie” Mark Steven Johnson

TRZY PLUS:

18. „Jeszcze dalej niż Północ” Dany Boon

19. „Salt” Philip Noyce

20. „Pan i pani Kiler” Robert Luketic

To taki suchy post, bo o większości z tych pozycji już pisałam obszerniej na blogu, więc to jest tylko taki ranking podsumowujący. No, dobra, teraz widzę, że o wielu filmach nie wspomniałam ani słowem, więc może jeszcze kiedyś uda mi się to nadrobić. Pozdrawiam Was serdecznie i obiecuję napisać coś ciekawszego w przyszłym tygodniu – dowiecie się między innymi dlaczego właściwie kultura to bzdura.

Ania

Dodaj komentarz

Filed under Filmy, Książki

Trudna, optymistyczna miłość – „Nadzieja na miłość” Michela Quinta

Powieść Michela Quinta „Nadzieja na miłość” dała mi trzy dni pełne uśmiechu, nieco smutku i sporo łez. Autor pokazał, że nie potrzeba 800 stron, by ukazać tyle emocji naraz. Rzadko czytam książki o miłości, choć „Nadzieja na miłość” nie jest typowym romansem. Jest to historia o życiu, o ciężkich wyborach. O tym, że, nawet jeśli nie idzie po naszej myśli, to powinniśmy myśleć optymistycznie, mieć nadzieję na lepsze jutro, na miłość.

Rene, z zawodu lalkarz, w szpitalu, w którym pracuje jego żona, Daisy, daje przedstawienia dzieciom chorym na raka. Pewnego dnia, Daisy prosi go, by odwiedził chłopca w śpiączce, Loisa. Twierdzi, że jego przedstawienia mogą pomóc w przebudzeniu go. Rene z początku podchodzi do tego pomysłu sceptycznie, jednak zgadza się. Przychodzi do chłopca i jakby zaczarowany, zaczyna opowiadać mu historię swojego życia. Życia jakże tragicznego, bez matki, która porzuciła go i jego ojca, gdy był małym dzieciakiem. Młodości ukrywającej się w cieniu wojny o niepodległość w Algierii, która była kolonią Francji. Miłości, którą czuł do Halvy Martin i jej rodziny.

Książka ta, napisana językiem prostym, daje czytelnikowi chwilę na relaks. Kiedy siadasz w fotelu, obok stawiasz kubek z herbatą i czytasz „Nadzieję na miłość”, wtedy masz ochotę na więcej Quinta. Historia, jaką przedstawił w swojej krótkiej powieści, wciąga do reszty. Nie mając czasu na czytanie, myślisz o tym, co się dalej wydarzy. Ciekawy jest też motyw historyczny opowieści. Walka o niepodległość Algierii po II Wojnie Światowej, w czasach dekolonizacji.

Polecam Wam tę książkę, zapewniając, że nie będziecie się przy niej nudzić, a wręcz sięgniecie po nią po raz kolejny. Tak też mam zamiar zrobić, ale dopiero po maturze.

Pozdrawiam Was serdecznie  z nadzieją na częstsze posty,

Marcin!

 

2 komentarze

Filed under Książki

Koniecznie przeczytaj w święta!

however_you_dress_it_upDobry Wieczór,

kilka dni temu, kończąc przygodę z „Ludźmi bezdomnymi” Żeromskiego, pomyślałam, że fajnie byłoby przeczytać teraz coś, co wprowadziłoby mnie w tzw. świąteczny nastrój, jakąś książkę związaną z tematyką świąteczną. Porzuciłam na chwilę smutnego doktora Judyma, aby prześledzić w głowie wszystkie tytuły związane z tym skojarzeniem. Ostatecznie stwierdziłam, że rzeczy najbardziej oczywiste wcale takie nie są, gdyż dopiero pod koniec mojego toku myślowego przyszła mi do głowy książka, w której opisane są wydarzenia, z powodu których rokrocznie świętujemy. Oczywiście chodzi o Biblię. Jeśli zatem nie jesteś jeszcze w świątecznym nastroju i nie czujesz tej magii, polecam Ci sięgnąć po rozdział drugi Ewangelii wg św. Łukasza lub rozdział pierwszy Ewangelii wg św. Jana – tam opisana jest istota rzeczy; to, o co w tych świętach w ogóle chodzi.

Życzę Wam, aby Jezus Chrystus naprawdę urodził się w Waszych sercach i zaszczepił w nich ogromną miłość, radość i siłę na cały przyszły rok. Cieszcie się świątecznym czasem!

Pozdrawiam Was serdecznie,

Ania

1 komentarz

Filed under Książki, Życie

Szatan, szatan, z nim się bratam, czyli „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa

Witajcie!
Wiele fantastycznych książek zostało niesamowicie zbeszczeszczone, a ich autorzy skrzywdzeni przez „tych na górze”, odpowiadających za podstawę programową języka polskiego. To oni pozwolili na okaleczanie wspaniałych utworów poprzez umieszczanie ich na liście lektur szkolnych. Nie chodzi bynajmniej tylko o to, że samo umieszczenie ich tam zniechęca do przeczytania. Ja na przykład czytam prawie wszystkie i dość rzadko się zawodzę – większość z nich to naprawdę wartościowe pozycje. Prawdziwą zbrodnią na książce jest dopiero omawianie jej na lekcjach. Wiem, że nie jest to wyłącznie wina nauczycieli polskiego, gdyż mają oni pewne wytyczne, dotyczące tego, jaka jest Jedyna Słuszna Interpretacja utworu (włosy na głowie dęba stają, kiedy słyszy się o J.S.I. Biblii!). Marcin niedawno powiedział, że „omawianie niszczy książki” i trudno by mi było się z tym nie zgodzić. Jasne, warto poznać kontekst historyczny utworu, dowiedzieć się z grubsza kim był autor i jaki to gatunek, epoka. Ale szukanie fragmentów dotyczących stosunku bohatera do jego matki lub wizji przyrody przez kolelejne dziesięć lekcji skutecznie zniechęca do książki.
My to gadu-śmiadu, a przecież chcę napisać o książce, którą obecnie omawiam w szkole – „Mistrzu i Małgorzacie” Michaiła Bułhakowa. To, że powieść mi się spodoba, zostało przesądzone już w umiejscowieniu akcji. Rzecz dzieje się bowiem w Rosji, w Moskwie, a ja mam lekkie zboczenie prorosyjskie. I nie chodzi mi bynajmniej o to, że mam nad łóżkiem wielki plakat Tuska, jako symbol uległości wobec naszych rosyjskich przyjaciół. Nie chodzę też po domu z flagą z sierpem i młotem. Rosja po prostu w pewien sposób mnie fascynuje – to szare, biedne, ale na wskroś słowiańskie społeczeństwo, surowy klimat, cudownie brzmiący język… Strasznie chciałabym tam pojechać, aby dowiedzieć się, na ile moje wyobrażenia o tym kraju, które buduję na podstawie czegoś, co usłyszę, książek, filmów itd., jest prawdziwe. I czy naprawdę można tam spotkać świtę szatana.
To, co niesamowicie podoba mi się w dziełach wielu rosyjskich twórców (Czechow, Gogol, w.w. Bułhakow) to sposób, w jaki przeplata się u nich fantastyka z wydarzeniami realnymi. Brak większego zdziwienia bohaterów wobec wydarzeń takich jak znalezienie nosa w świeżo upieczonym chlebie daje naprawdę niesamowity efekt. Dzięki temu element fantastyczny wprowadzany jest płynnie, bez przesadyzmu, pompy, pytań „jak to?”. W „Mistrzu i Małgorzacie” jest to trochę mniej zaakcentowane – w końcu moskwianie są zdziwieni, widząc nagie kobiety wybiegające z teatru, a na balu u szatana nieco oszołomiona jest także Małgorzata.
Wiem, że powinnam napisać coś niecoś o fabule, przytoczyć cytaty, nakreślić charakterystykę postaci. Spojlerowanie zostawmy jednak polonistom, a Was zachęcam do świetnej zabawy, jaką będzie przeczytanie tej książki. Nawet jeśli nie zastanowicie się w trakcie lektury, za pomocą jakich środków wyrazu autor zbudował obraz ZSRR.
Moja ocena książki: 5.
(Mała adnotacja do Darii: znów bardzo dobra ocena – wybacz, ale mam już takie szczęście, że czytam głównie takie książki, które mi się podobają)

W najbliższym czasie, oprócz ukochanych lektur, chcę poczytać utwory, które pomogą mi stworzyć prezentację maturalną na temat drugiej wojny światowej. Podejrzewam jednak, że nie zdobędę się na mikro-recenzję „Byłem asystentem doktora Mengele”, może prędzej „Pamiętnik z powstania warszawskiego”. Chciałabym też w końcu coś ciekawego, oprócz reklam w telewizji „m” w łódzkim MPK, obejrzeć.
Może macie jakieś ulubione/znienawidzone lektury albo zupełnie odmienne zdanie na temat sposobu ich omawiania niż ja? Czekam na Wasze opinie i pozdrawiam mikołajkowo,
Ania

PS: Co do postanowień z poprzedniego postu – powoli wchodzą w życie, bardzo pomogła mi w tym moja grupa Taize. Jeśli ktoś z Was tu kiedyś zajrzy to pozdrawiam :)

3 komentarze

Filed under Książki

Doradztwo zawodowe pana Kinga, czyli „Misery” Williama Goldmana

Witajcie!

Jestem właśnie w ostatniej klasie liceum i dość często myślę nad tym, co chcę robić, kiedy już ukończę tę znamienitą szkołę. Do głowy przychodzą różne pomysły: wyjadę za granicę, otworzę sklep żelazny, podejmę studia prawnicze. Chwilami wydają mi się one znakomite, a w innych momentach zwyczajnie głupie. Jest jednak jedna myśl, która chodzi za mną niczym detektyw i jest moim marzeniem od wczesnego dzieciństwa. Od zawsze chcę zostać pisarką. I wczoraj w nocy wreszcie ktoś odważył się wysunąć mi argument przeciwko temu zawodowi – był to Stephen King, którego powieść została zekranizowana i wyreżyserowana przez Williama Goldmana.

„Misery” to historia pisarza tworzącego niezwykle poczytne powieści, ich główna bohaterka ma na imię Misery. W czasie śnieżycy ów pisarz ma wypadek samochodowy. Ma szczęście – odnajduje go jego największa fanka – Annie Wilkes. Szybko okazuje się jednak, że jej uwielbienie dla książek Paula Sheldona przeobraża się w obsesję na jego punkcie.

Film nie jest nudny i trzyma w napięciu – to byłyby wystarczające powody, aby uznać, że jest dobry. Warto dodać jednak do tego jeszcze genialną grę, zwłaszcza Kathy Bates, grającej Annie. W rolę szeryfa wcielił się natomiast Richard Farnsworth, który jest moją sympatią, odkąd zagrał Mateusza Cuthbert w „Ani z Zielonego Wzgórza”. Podejrzewam, że jest to film, który można obejrzeć wielokrotnie, ale na pewno nie jest to najlepsza pozycja dla osób o bardzo bujnej wyobraźni i wkładających wiele nakładu emocjonalnego w sztukę, którą odbierają (czyli dla mnie). Jeśli natomiast ktoś chciałby wybić sobie z głowy zawód pisarza – jak najbardziej polecam.

Moja ocena filmu: 5.

Wybaczcie, że w ogóle nie piszemy. Marcin ma ważną szkolną sprawę, a ja małego braciszka i wychodzi na to, że nawet nie mamy za bardzo czasu spotkać się ze sobą, rzadko zatem rozmawiamy o blogu.

Czekam na Wasze opinie dotyczące „Misery”, Stephena Kinga i thrillera jako gatunku. Do napisania za dwa tygodnie.

Pozdrawiam najserdeczniej,

Ania

2 komentarze

Filed under Książki

Moje wakacje, czyli czytałam, ale nikomu nie powiedziałam

W wakacje przeczytałam trzynaście książek. Jasne, można było więcej. Inni powiedzą, że bezsensownie marnowałam czas na czytanie zamiast hasać po polach, lasach i łąkach, jedząc czereśnie i jabłka. Ale co przeczytałam, to moje i chcę się z Wami podzielić refleksjami na temat moich lektur, o których jeszcze nie zdążyłam wspomnieć na blogu.
Nad morze zabrałam ze sobą książkę znalezioną na strychu – „Siły życia” Martina Graya. Zbieram się także, aby sięgnąć po jego wspomnienia dotyczące między innymi czasu drugiej wojny światowej – „Wszystkim, których kochałem”. Warto, aby przedstawiła najpierw samego autora – to polski żyd, którego życie skażone było wieloma nieszczęściami – począwszy od pobytu w Treblince i stracie całej rodziny w w trakcie wojny, po pożar, który strawił jego żonę, dzieci i dom wybudowany jego własnymi rękami. Mimo to napisał książkę, zachęcającą do brania z życia pełnymi garściami, do cieszenia się nim i wykorzystywaniu swojego potencjału w stu procentach. Byłam ciekawa, jak to możliwe, że człowiek tak pokrzywdzony przez los znajduje w sobie nie tylko tyle siły, aby mówić o swojej tragedii innym, ale także, aby motywować swoich czytelników do, mówiąc krótko, lepszego życia. Tą wyjątkową pozycję czyta się bardzo szybko. Zawiera wiele „prawd oczywistych”, ale jednocześnie uświadamia, że dzisiaj zapominamy właśnie o tych pozornie najbanalniejszych drogach do szczęścia. Odświeżyła trochę moje podejście do świata, szczególnie w jednej kwestii, wobec której dotychczas odnosiłam się niechętnie – nie będę wyjaśniać o co chodzi, bo to zbyt osobiste, ale jestem pewna, że każdy z Was znajdzie w niej coś dla siebie – może otworzysz się na ludzi, zaczniesz dbać o zdrowie, a może po prostu staniesz się szczęśliwszy?
Wracając z wczasów miałam w plecaku o jedną książkę więcej – na jednym z namiotowych nadmorskich kiermaszów taniej książki (nie ominęliśmy z Marcinem żadnego!) udało mi się zakupić, jak zwykle w śmiesznie niskiej cenie, trzecią część serii o Emmie Graham autorstwa Marthy Grimes – „Hotel Belle Rouen”. Kto śledzi bloga, ten na pewno dostrzegł, że owa seria zauroczyła mnie, a samą Emmę traktuję jako swoją ulubioną bohaterkę literacką. Trzecia część także mnie nie zawiodła. Ten sam obraz amerykańskiej prowincji, ciepłe letnie dni i anielski placek Jen Graham. Po tych wakacjach czuję, jakbym wrosła w tamten świat. Zakończenie nie było tak emocjonujące jak w drugiej części cyklu, ale za to pozostawiło mnie w bajecznej atmosferze i niezbitym przekonaniu, że to nie jest koniec historii. To nie jest nawet początek końca. Teraz ta historia wraz z Emmą, szeryfem, Willem, panną Berthą i Dwaynem żyje własnym życiem – oni są mi zbyt bliscy, aby mogli być jedynie wytworem literackiej wyobraźni pisarki z Santa Fe. Dodam jeszcze, że klimat powieści idealnie pasuje mi do piosenki Sarah Vaughan „Summertime”. Na marginesie – kupiłam już pierwszy tom innej serii Marthy Grimes, rozpoczynającej się od powieści „Pod Huncwotem” i przeczytam ją, kiedy tylko będę miała trochę więcej luzu z lekturami szkolnymi (czyli chyba po maturze, ewentualnie w Boże Narodzenie).
Na tym blogu na pewno również wspominałam o mojej fascynacji dwoma opowiadaniami Gogola – „Szynelem” i „Newskim prospektem”. Sięgnęłam po kolejne jego dzieła. Bardzo spodobało mi się opowiadanie „Nos” w przekładzie Juliana Tuwima – to znacznie lepszy rodzaj narracji, bawienia się słowem i konwencją niż jakikolwiek, który do tej pory czytałam. Całkiem niezłe okazało się także opowiadanie „O tym, jak pokłócił się Iwan Iwanowicz z Iwanem Nikiforowiczem” oraz „Powóz”. Najmniej przypadła mi do gustu „Noc wigilijna” – być może to wynik innego tłumacza, a może po prostu, czytając je jako pierwsze, dopiero oswajałam się z szalonymi pomysłami Gogola. Niemniej, „Nos” polecam wszystkim, bo uśmiałam się przy nim niemalże do łez, choć to taki poważny problem był.
Chciałam sięgnąć także po innego rosyjskiego pisarza – Aleksandra Sołżenicyna. „Archipelag GUŁag” przeraża jednak nieco nie tylko swoją mroczną treścią, ale także wielką objętością. Przeczytałam zatem nieco ponad stu stronicowe opowiadanie „Jeden dzień Iwana Denisowicza”, w którym Sołżenicym zawarł cały przekrój społeczeństwa łagrowego, a także obraz codziennego życia tam. Największym walorem opisów jest oczywiście ich autentyczność – nikt, kto nie przeżył na własnej skórze tego wszystkiego nie mógłby opisać łagrowej rzeczywistości w tak realistyczny sposób. Nie próbujcie znajdować w tej książce patosu, bohaterstwa, idealizmu, znajdziecie w niej bowiem tylko prawdę. Lektura zachęca do sięgnięcia po inne pozycje poświęcone łagrom (w Polsce do dziś mocno kultywujemy pamięć o obozach koncentracyjnych, zapominając przy tym o radzieckich obozach na Syberii, które wcale nie były mniej okrutne niż hitlerowskie), a mnie utwierdza także w fascynacji literaturą rosyjską.
W ramach wisienki na torcie:
Moja ocena „Sił życia”: 5.
Moja ocena „Hotelu Belle Rouen”: 6.
Moja ocena „Opowiadań” Gogola: 4+.
Moja ocena „Jednego dnia Iwana Denisowicza”: 5.

Znaczy się: moje wakacje były udane.

Kochani Czytelnicy,

wiecie już jak to jest z moim internetem. Jednak moim największym problemem jest obecnie brak czasu. Postanawiam jednak, że co tydzień-dwa napiszę coś na bloga – niechaj będzie to mobilizacja to nierezygnowania  z życia kulturowego.

Lato minęło i nadeszła jesień, którą kocham. A jak Wasze nastroje?
Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie!

Ania

PS: Kochani, czy moglibyście polecić jakieś ciekawe i, przede wszystkim, porządne książki dotyczące PRZEKROJU historii Polski lub powszechnej, ewentualnie jakiegoś dużego jej wycinka? Będzie to dla mnie nieoceniona pomoc, więc jeśli ktoś z Was jest w temacie to proszę o kontakt.

2 komentarze

Filed under Książki

Przyjaźń nawiązana, czyli „Tajemnica złotego pince-nez” Arthura Conana Doyle’a

Witajcie!

Napisałam w domu całkiem niezłą, długawą recenzję. Wrzuciłam ją na pendrive. Teraz, kiedy jestem przed komputerem i mam dosłownie kilka minut na skorzystanie z niego, zorientowałam się, że nie wzięłam pendrive’a z domu. Postaram się zatem bardzo skrótowo przedstawić zarys mojej opinii o tej książce.

To było właściwie moje pierwsze poważne spotkanie z Holmesem. Wcześniej zaliczyłam próbę czytania go w oryginale, ale idzie mi to dość wolno, więc na recenzję „The Adventures of Sherlock Holmes” jeszcze trochę poczekacie. Książka zawiera dziesięć opowiadań – w ośmiu narratorem jest Watson, a w dwóch główny bohater. Oczarował mnie klimat, jaki stworzył Doyle i świetnie wykreowane postacie – autentyczne, nie takie sztuczne jak u Agathy Christie, której fanką nigdy nie byłam. Miał także świetne pomysły, jeśli chodzi o zagadki kryminalne. Zdecydowanie najmilej wspominam opowiadanie „Człowiek na czworakach”. Bardzo podoba mi się również to, że Sherlock często odnosi się do swojej szerokiej wiedzy np. z zakresu medycyny.

Podsumowując: przyjaźń z Sherlockiem Holmesem uważam za nawiązaną!

Moja ocena książki: 5.

Ostatnia książka czytana w ramach wyzwania Trójka e-pik. Przedostatnia książka czytana w wakacje.

Czekam na Wasze opinie dotyczące autorów kryminałów: czy Waszym zdaniem na tytuł mistrza tego gatunku zasługuje Doyle czy Christie? A może macie zupełnie innych faworytów? Piszcie.

Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie! Jeszcze dziś – post Marcina.

1 komentarz

Filed under Książki